Jak pisałam w ostatnim poście o samowydawaniu, w self-publishingu w zasadzie wszystko zależy od autora. Podejmuje każdą decyzję: komu zlecić redakcję (i czy ją w ogóle robić), jak ma wyglądać okładka, jak opracowanie graficzne tekstu i czy książka ukaże się w formie papierowej lub elektronicznej. Jeśli elektronicznej to w jakim formacie? Jak zabezpieczyć plik, jaką cenę przyjąć i na jakim portalu książkę opublikować. Jak zachęcić czytelników, gdzie książkę promować… Wszystkie decyzje podejmuje tylko autor… Ale czy możemy mówić w tym wypadku o wolności?

Sprawa nie jest taka łatwa. Na pewno nad self-publisherem nie stoi żaden redaktor, który podejmuje większość decyzji i kieruje się dobrem wydawnictwa. Jest to zrozumiałe, bo gdy wydawnictwo przeznacza duże sumy pieniędzy na wydanie tytułu, będzie samo chciało wybrać np. rodzaj papieru, oprawy (w zależności od budżetu) oraz osoby, które przeprowadzą redakcję i korektę. Redaktorzy mogą też wpływać na treść książki – poprawiają słabsze fragmenty, mogą sugerować usunięcie niektórych wątków, aby tytuł pasował do linii wydawniczej. Tekst podlega więc pewnej parametryzacji, aby był jasny i łatwy w odbiorze dla czytelnika. Czasem takie mocne ingerencje w tekst mogą zmieniać założenia autora. W wydawnictwie, po ingerencji pracowników, książka może stać się czymś innym, niż w początkowych planach. Jeśli dodamy do tego niechęć wydawców do inwestowania w nieznanych autorów (nikt ich nie będzie chciał czytać) lub dostosowywanie tekstu do potrzeb ich czytelnika, to może się okazać, że autor ma nie za wiele do powiedzenia.
Dla tych upartych, którzy wierzą w swoją wizję, self-publishing może być dobrym rozwiązaniem. Bo tu żaden redaktor nie będzie się wtrącał w fabułę, a autor sam wybierze sposób promocji i okładkę. Będzie mógł napisać co chce i jak chce… Jednak w rzeczywistości jest nieco inaczej. Niezależni autorzy korzystają z wypracowanych przez wydawnictwa rozwiązań – wykorzystują standardowy model procesu wydawniczego, odwzorowują pomysł na okładki, wygląd książki (skład e-booka lub wersji papierowej), daleko im też do artystycznych eksperymentów. Dlaczego? Czyżby brakło pomysłów, odwagi? Wydaje mi się, że powód leży gdzie indziej. Chociaż self-publishing jest doskonałym polem na artystyczne i formalne eksperymenty (od treści, języka, gatunku, układu kolejnych elementów książki, aż po grafikę i rozłożenie treści), tekst musi ostatecznie trafić do odbiorcy. A czytelnik jest przyzwyczajony do zasad rządzących gatunkami, językiem, fabułą i fizyczną stroną książki. Zadruk aż po akapity, tworzenie nowych gatunków i eksperymenty z ortografią brzmią świetnie, ale nie w momencie, gdy marzymy o dotarciu do szerokiego grona czytelników. Ci wybiorą raczej tekst, który już w jakiś sposób oswoili. Kryminał, fantastykę lub romans. Literatura artystyczna ma się w Polsce nie najlepiej – czytelnicy wolą beletrystykę i poradniki. Dlatego self-publisher mając przed sobą nieograniczone możliwości, zwykle wybierze znane już rozwiązania i popracie czytelnika.
Inna sprawa, że self-publishing jest często uznawany przez czytelnika za gorszy sposób wydania książek. Dlatego autorzy starają się, aby ich publikacje były jak najbardziej profesjonalne, a więc podobne do tych, wydawanych przez duże wydawnictwa. Poza tym, edytorstwem rządzą pewne zasady. Jak wspomniana szerokość marginesów. Możemy je łamać w ramach artystycznej wolności, ale musimy pamiętać, że nie zostały one wymyślone bezpodstawnie. Książkę z marginesami wygodniej się czyta 🙂 Tak samo jak z poprawnością językową i chwytami w konstrukcji fabuły – znając pewne konwencje, czytelnik szybciej zrozumie o co nam chodzi.
Pomimo wszystko czekam jeszcze na eksperymenty artystyczne i graficzne w self-publishingu. To w końcu najlepsze pole do takich eksploracji.

  • Trochę mi Twój blog dał do myślenia. Mam czasem wrażenie, że tak wielu rzeczy jeszcze nie wiem i czasem nawet nie wiem jak się dowiedzieć, a ja w sumie tylko chcę pisać…

    • To jest chyba najważniejsze 🙂 Cieszę się, że mój blog pomógł.