"Umowy Śmieciowe" #nadczympracuję

W 2015 spotkałam się z Andrzejem Tucholskim na kawie. Powiedziałam, że fajnie byłoby, gdyby ktoś napisał polskie new adult. Andrzej pokiwał głową i piliśmy mrożone latte dalej. W styczniu 2017, gdy stałam z pędzlem w ręce, bo akurat remontowałam nowe mieszkanie, odebrałam telefon od Andrzeja. Miał pomysł na napisanie tego polskiego new adult, które wymyślił sobie jako serial do czytania. Machając pędzlem i rozbryzgując wszędzie farbę, ochoczo przystałam na propozycję współpracy. No i się zaczęło.

„Umowy Śmieciowe” możecie przeczytać tutaj. Pierwszy odcinek ukazał się w styczniu, a ostatni w październiku. 8 odcinków, opowiadających o niezłomnej Hannie Wróbel, która próbuje podbić Warszawę. Nie wiem, czy wyszło nam z tego new adult, ale każdy odcinek oznacza dziesiątki, jeśli nie setki godzin pracy Andrzeja i kilka dni wyrwanych z mojego życiorysu. Z niewinnego projektu wyszła świetna książka, a mały eksperyment zmienił się w mój ulubiony projekt. Chcecie poznać kulisy?

„Umowy Śmieciowe” jako self-publishing

„Umowy Śmieciowe” są dostępne wyłącznie na blogu Andrzeja. Każdy odcinek był publikowany w formie notki, którą można spokojnie przeczytać w przeglądarce. I jest kompletnie bezpłatny. W dyskusji o self-publishingu czasem zapominamy o takiej możliwości – że można tekst opublikować po prostu na blogu, dla czystej frajdy dzielenia się historią z czytelnikami. A w tym wypadku – tekst dobry, który spokojnie poradziłby sobie w formie książkowej i pewnie zdobyłby niejedną listę bestsellerów. Gdzie tu jest więc sens? Trochę go nie ma. Andrzej napisał powieść dla czystej pasji pisania, doskonalenia warsztatu i opowiadania historii. Wybrał wolność absolutną i dlatego też „Umowy Śmieciowe” są tak bliskie mojemu sercu. Bo czasem w tych wszystkich rozmowach o marżach, sprzedaży, promocji, zapominamy o tym, co najważniejsze – literaturze. A zbudowanie bazy oddanych czytelników na pewno nie zaszkodzi publikacji – gdyby autor zdecydował się sprzedawać książkę samodzielnie lub wydać ją w wydawnictwie.

„Umowy Śmieciowe” jako serial do czytania

Oglądacie seriale? A co w nich najbardziej lubicie? Mnie kręci czekanie na kolejny odcinek, szczególnie, jeśli poprzedni kończy się cliffhangerem. A zanim powstały seriale telewizyjne, podobny efekt przynosiły powieści w odcinkach, drukowane w czasopismach. Na kolejną opis dalszych losów Wokulskiego, czytelnicy też musieli czekać, aż ukaże się kolejny numer „Kuriera Codziennego”. I podobnie miała się sprawa z „Umowami Śmieciowymi”. Na kolejny odcinek czytelnicy musieli czekać miesiąc, zostając z wątpliwościami sprytnie zasianymi pod koniec ostatniego odcinka. I wiecie co? Też nie znałam dalszych losów bohaterów i sama czekałam na kolejny odcinek do zredagowania, żeby dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. Dlaczego wybraliśmy z Andrzejem taką metodę? W trakcie redakcji wcieliłam się w czytelnika idealnego i tropiłam wszystkie nieścisłości. Dlatego znałam bardzo ogólny zarys fabuły i byłam w stanie zauważyć wszystkie pęknięcia.

Formuła serialu do czytania została wybrana dość naturalnie. Oczywiście, padało pytanie: „dlaczego nie powieść w odcinkach”, ale odpowiedź była prosta: dziś częściej oglądamy seriale. Taka zmiana nazewnictwa pokazywała i pewną zmianę w kulturze, i była w pewnym stopniu mrugnięciem do czytelnika. Poza tym, sprawdzając 8 rozdziałów na przestrzeni roku nie zorientowałam się, że zredagowałam niemalże epopeję.

„Umowy Śmieciowe” jako przestrzeń do rozwoju

Mojego, jako redaktora. Bo dzięki „Umowom Śmieciowym” widziałam, jak Andrzej rozwija się jako pisarz z odcinka na odcinek. I jestem wdzięczna, że mogłam uczestniczyć w tej przemianie. Po redakcji pierwszej części byłam pewna, że pójdziemy na noże. Ja chciałam wywalać metafory, Andrzej zostawiać. Zanim złapaliśmy tak idealne porozumienie, jak przy ostatniej części (którą sprawdziłam w tempie ekspresowym), pliki kursowały pomiędzy nami kilka razy. Cierpliwie docieraliśmy się w komentarzach. Czasem ja musiałam ustąpić, czasem Andrzej, ale zwykle udało nam się wypracować satysfakcjonujące rozwiązanie. Nie pracowałam do tej pory z tak wymagającym autorem, ale dzięki temu spokorniała. Rolą redaktora nie jest zmienianie tekstu, ale sprawienie, żeby był jego najlepszą wersją, zgodną z wizją autora. A dzięki mojej pokorze mogłam wejść na taki poziom pracy, że byłam w stanie doskonale zrozumieć zamysł autora i zastąpić błędne rozwiązanie idealnym, w jego stylu. Na pewno pomogły nam dziesiątki przegadanych godzin i nasz system pracy, gdzie wszystkie wątpliwości przedyskutowywaliśmy w komentarzach. Wierzę, że „Umowy Śmieciowe” na tym zyskały. A taka redakcja była miłą odmianą po dokładnym, acz czasem mechanicznym sprawdzaniu tekstów tłumaczonych. Przypomina mi się historia, kiedy po odesłaniu redakcji jednego odcinka Andrzej zapytał mnie, czy wszystko ok. Bo moje komentarze były smutne. Wtedy pomyślałam, że życzę sobie w przyszłości samych takich współprac, gdy rozmawiając tylko o tekście, będę mogła porozumieć się również na poziomie emocjonalnym i estetycznym z autorem.

A jak wyglądał nasz system? Andrzej, gdy już kończył pisać pierwszą wersję odcinka, informował mnie, kiedy mogę spodziewać się pliku. Wyznaczaliśmy sobie deadline, a ja zabierałam się za pierwszą redakcję, gdzie poprawiałam część błędów językowych, ale przede wszystkim wpisywałam uwagi odnośnie fabuły, rozwiązań i stylu w komentarze. Później jeszcze telefonicznie przedyskutowywaliśmy uwagi, a Andrzej siadał do swoich poprawek. W kolejnej wersji widziałam nowe rozwiązania i jego odpowiedzi na komentarze – wtedy decydowaliśmy się np. na wersję rozwiązania językowego, a dodatkowo robiłam porządną redakcję językową. Odsyłałam plik do autora, czasem (gdy była taka potrzeba) wracał jeszcze do mnie na ostateczną redakcję, a czasem już nie. Później plik trafiła do dwóch kolejnych korekt, a wersja ostateczna lądowała na blogu. Taki system pracy pozwalał nam wyeliminować wszystkie niedociągnięcia, błędy i nieścisłości – mieliśmy pewność, że wersja do publikacji jest najlepszą wersją.

Mroczna strona takiego systemu pracy polegała na tym, że czasem Andrzej wyrzucał duże fragmenty lub przepisywał całość. Jednak wierzę, że z korzyścią dla osoby najważniejszej w tym układzie – dla czytelnika.

Będę tęskniła za „Umowami Śmieciowymi”, naszymi rozkminami nad tekstem i śledzeniem uwag czytelników. Był to jednak niesamowity projekt redaktorski, który pewnie będę nie raz wspominać z łezką w oku. Czuję się z niego dumna, chociaż moja rola sprowadzała się do wstawiania komentarzy, śledzenia przecinków, proponowania innych form zdania, a czasem sugerowania rozwiązań w tekście.

Zastanawiacie się, dlaczego nie piszę o fabule? No cóż, trochę celowo. Chciałabym Was zachęcić do lektury pierwszego rozdziału. Jestem przekonana, że po jego przeczytaniu przepadniecie i będziecie chcieć więcej.

 

 

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl