Gdyby ktoś powiedział mi pięć lat temu, że w pewnym momencie zacznę poważnie rozmawiać ze znajomymi o potrzebie odpoczywania, pewnie wybuchnęłabym śmiechem. Te pięć lat to okres, który dzieli mnie od obowiązkowej drzemki po zajęciach i weekendów z książką, do momentu w którym jestem teraz, gdzie czas na odpoczynek zapisuję w kalendarzu, razem z innymi zadaniami do zrobienia.

I nie chodzi nawet o to, że postanowiłam publicznie lansować się na pracoholizm, bo to jest słabe. Chodzi raczej o coś innego – większość moich znajomych jest w takim momencie życia, gdy pracują na etacie, a po godzinach realizują swoje projekty. Zwykle dla przyjemności, ale i też dla potrzeby zrobienia i osiągnięcia czegoś więcej. Własne działalności,uczestnictwo w szkoleniach, szkoły, projekty non-profit, pisanie książek, tworzenie muzyki, grafik czy rozwijanie swoich pasji. Jest to super, uwielbiam ludzi, którzy na pytanie „czym się zajmujesz” mówią o pracy zawodowej, a potem wymieniają długą listę dodatkowych aktywności. Skoro mamy czas wolny, czemu go nie wykorzystać w konstruktywny sposób, zmieniają świat i trochę siebie, a przede wszystkim dają ludziom coś ekstra?

praca zdalna

O nienarzekaniu napisał świetnie Troyann na swoim blogu – całkowicie się do tego przyłączam. Jednak czasem dochodzi do sytuacji, o której wspomniałam na początku – czas wolny i czas na przyjemności wpisujemy w kalendarz, aby na pewno znaleźć dla niego miejsce. Wybieram wtedy najczęściej wszelkie spotkania towarzyskie, bieganie, kina, teatry, koncerty i inne doświadczenia kulturalne. I super, gdy wszystko składa się w całość – możemy i popracować, i się porozwijać, i odpocząć, gdy już mamy dość. Stąd te intensywnie prowadzone rozmowy o odpoczywaniu, które by mnie pewnie strasznie rozbawiły pięć lat temu – siedzimy ze znajomymi z poważnymi minami mówimy, że relaks za miastem raz na jakiś czas może być nawet, w szerszej perspektywie ważniejszy, niż doczytanie kolejnego artykułu naukowego, wysyłka informacji w świat o aktualizacji w projekcie czy złapanie nowego zlecenia.

Ale co, gdy stajemy w klinczu? Zmęczenie daje się we znaki, rodzina narzeka, że już nas nie widziała od miesiąca, pies nie widział trawy od zeszłej wiosny, a my już znamy każde ułożenie pyłku kurzu na naszym biurku. Praca jednak goni, deadline czyha, a my wiemy, że bez przeczytania tej książki nasz artykuł nie ma sensu. Wtedy chyba najlepszą opcją jest skorzystanie z pracy zdalnej. Wyciągam hamak, wieszam na balkonie i piszę tekst patrząc na łabędzie. Pod ręką lemoniada. I niby praca, a jakoś tak lżej. Albo teraz – rodzina gra w badmintona, a Kinga z kawką doczytuje kolejne felietony Baumana z „44 listów ze świata płynnej nowoczesności”, jednym okiem rzucając na poczynania „Admiralette” Andrzeja Tucholskiego (dostępnego oczywiście na Wydaje.pl, notka niebawem) w sieci. I oczywiście trochę smutne, że na długi weekend reszta bierze gry i filmy, a Kinga książki o książkach plus kilka rzeczy do napisania, ale z drugiej strony, wydaje mi się, że dzięki takiemu balansowaniu chociaż trochę można zbliżyć się do nierezygnowania z czegokolwiek. Kiedyś wydawało mi się, że aby pracować, potrzebuję ciszy, spokoju, tony książek i najlepiej czytelni. A tu proszę: słoneczko, trawka i laptop (z mocno podręconym podświetleniem ekranu wystarcza). Okazuje się, że teorie można jednak knuć w różnych warunkach, włączając nawet mazurskie żagle. Przypominają mi się historie, gdy kończyłam redakcję książki podpięta kablem do przedłużacza na kei, prowadziłam rozmowy biznesowe przez telefon w klapkach i stroju kąpielowym, kończyłam pisanie referatu w parku lub poprawiałam tekst do druku w chatce w górach lub pisałam recenzję siedząc na lotnisku. Co najlepsze, warunki nie wpłynęły na jakość pracy, a czasem było nawet lepiej, niż zwykle.

A co Wy sądzicie o takiej luźnej pracy zdalnej?