Były czasy, że podkochiwałam się w Pilchu*. Tzn. nie w Jerzym Pilchu, bo pomimo jego łobuzerskiego uśmiechu, come on, Jerzy nie ma tego czegoś potrzebnego do podkochiwania i wieszania plakatów na ścianie. Podkochiwałam się w narratorze i w jego języku**. Potem wyrosłam. A potem przyszedł film Smarzowskiego, którego scenariusz bazuje na “Pod mocnym aniołem” Pilcha. 

To pierwszy film Smarzowskiego, który widziałam, więc nie chcę pisać klasycznej recenzji. Wiem jednak, że mam dużo do nadrobienia i niebawem zabiorę się za pozostałe produkcje. Gdy wybierałam się do kina, chciałam sprawdzić, na ile literacki będzie ten film i czy Smarzowski poradzi sobie z gawędziarzem Pilchem, z jego niekończącym się monologiem, dygresjami, uwodzeniem słowem, wciąganiem. W książkach Pilcha nigdy się wiele nie dzieje i w tym przypomina w jakiś sposób Haruko Murakamiego. Po paru latach nie jestem w stanie odtworzyć fabuły niektórych tytułów, ale wiem, że ostatecznie nie jest to ważne. Ich książki są trochę o niczym i o wszystkich, a dobrze się je czyta, bo po prostu świetnie opowiadają. Niby banał i jako literaturoznawczyni powinnam się pewnie schować pod kołdrę po wygłoszeniu takiej tezy z czapy (co pewnie i tak za chwilę zrobię, bo późno).

pod mocnym aniolem

Wracając do filmu – po pierwsze, Smarzowski wziął książkę, przerwócił na lewą stronę, rozpruł szwy, pociął materiał i zszył na nowo. Czy coś w tym złego? Pewnie nie, ale ortodoksi na sali kinowej (zawsze się tacy znajdą), mogli się krztynkę oburzyć. Wyszło dobrze, bardzo dobrze. Akcja jest mocno pocięta i niechronologiczna. Wszystkie wizyty Jerzego na oddziale dla deliryków zlewają się w jedno, razem z jego pijackimi wspomnieniami i opowieściami innych. Z alkoholowej relacji pisarza powstaje jedna, ogólnonarodowa (ok, tu trochę przesadziłam) opowieść o piciu. Chleją wszyscy, wszyscy mają jakiś powód do picia, tylko nie Jerzy, bo Jerzy po prostu lubi pić  i wpada coraz głębiej, robi się coraz mroczniej, coraz bardziej psychodelicznie i niepokojąco. No właśnie, psychodelicznie. To na pewno wartość dodana, gratis od Smarzola. Pilch, chociaż wiele można o nim mówić, o psychodelię nawet się nie ociera. O bełkot pijanego erotomana-gawędziarza to i owszem, ale filmowa wersja “Pod mocnym aniołem” wyszła o wiele mroczniejsza, niż książka. I o dziwo dlatego mi się spodobała. Bo Smarzowski uchwycił sarmacko-pijacką gadaninę Pilcha (doskonałe dialogi Jerzego i doskonały Więckiewicz), oddał sedno powieści, ale nie potraktował książki jak gotowego scenariusza. I to jest super, bo sceny z rzygającym w pasterkę księdzem, palącą się choinką i inne opowieści pozostałych bohaterów zostały doskonale zrealizowane (i zagrane). Tragikomizm, psychodela, wydzieliny. Myślę, że “Pod mocnym aniołem” aż się prosi o lekturę przez teorię abiektu Julii Kristevej, bo takie ilości odchodów, wymiocin, śliny dawno na ekranie nie widziałam.

Ale pomimo tych zachwytwów uważam, że pełniejszy odbiór filmu jest możliwy tylko dzięki książce (co chyba wielu wzięło sobie do serca, bo książka znowu jest w Top 10 Empiku, chociaż od pierwszego wydania minęło 14 lat). Bo u Pilcha jest lekkość, której Smarzowskiego zabrakło. Potraktował fabułę jakoś tak strasznie na serio, bez humoru. Jakby zapomniał sobie wypić przed kręceniem. Ale widzom chyba się podoba, a przynajmniej podobało do połowy filmu, kiedy było tak lżej, bo hahaha, tacy pijani, tak jak wujek Franuś, Stasiu pamiętasz? Ale dostrzegłam jakiś taki odwrót, jak zaczeło się okazywać, że to jednak trochę poważne i trochę artystyczne kino. I raczej bez happy endu. Może faktycznie powinni serwować kielich przed wejściem.

* Jednak z dumą mogę przyznać, że nigdy nie miałam zajawki na Olgę Tokarczuk, takie błędy młodości mnie ominęły.

** Do tego stopnia, że raz chciałam pisać o nim pracę magisterską, a potem doktorat <go wild> . Ale przeszło. Jednak coś czuję, że jeszcze kiedyś się spotkamy na naukowym polu.

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl