Każdy literaturoznawca musi czasem odpocząć od artystycznych tekstów i teorii literatury. Całe szczęście, że mamy “Pieśń Lodu i Ognia”, która się doskonale do tego nadaje.



Do “Pieśni Lodu i Ognia” zabierałam się kilkukrotnie. Najpierw polecali mi ją znajomi, później do lektury zachęcał serial “Gra o Tron”. I chociaż w serialu zakochałam się od pierwszego odcinka, z książkami miałam pewne trudności. A właściwie jedną trudność – język. W wersji polskiej jest on bardzo prosty, wręcz toporny. I chociaż uwielbiam czytać fantastykę dla relaksu, przyjemności czy jako przerwę w bardziej wymagających lekturach, nie umiałam znieść prostoty tego języka. Ustalmy, znam gatunek, wiedziałam czego się spodziewać i nie wymagałam zbyt wiele. Jednak akapity konstruowane na zasadzie: “ona spojrzała przez okno, on westchnął, a ona mu powiedziała” to dla mnie trochę zbyt duże wyzwanie. Zaciskanie zębów nic nie dało, książka poszła w kąt. Jednak żądna dalszych przygód Sansy, Jona i Daenerys uparłam się, by czytać dalej. Rozwiązaniem była “Pieśń Lodu i Ognia” w oryginale. Nie jestem orłem z angielskiego, więc taka lektura jest bardziej wymagająca, a toporną konstrukcję mogę znieść na rzecz nowych słów (szkoda, że większość jest z zakresu średniowiecznego ekwipunku bojowego).

“A Games of Thrones” wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiło – znałam akcję z serialu, a książka daleko od niej nie odbiega. Podobnie było w wypadku “A Clash of Kings”. Zmiany zaczęły być widoczne przy “A Storm of Swords”. “A Feast for Crows” czytam z wypiekami na twarzy – ekranizacja ma dopiero nadejść. A tak w ramach dygresji, mam wrażenie, że tytuły się nijak mają do zawartości tomów, też tak sądzicie?

W każdym razie “Pieśń Lodu i Ognia” wciągnęła mnie jak dobra saga fantasy za dawnych czasów. Podobne emocje odczuwałam przy “Władcy Pierścieni”, “Sadze wiedźmińskiej” i “Sadze o Zbóju Twardokęsku”. Czekam na dalsze losy bohaterów, z trudem czytałam opis Krwawego Wesela i dochodzę do wniosku, że wszyscy bohaterowie są super. Nawet przed śmiercią Tywina Lannistera zaczęłam czuć do niego sympatię (klasyczny zabieg Martina, który każe polubić każdego bohatera, zanim go zabije). Co ciekawe, zmiany o których wspomniałam, dość mocno wpływają na moje postrzeganie poszczególnych postaci – Sansa wydaje się całkiem interesująca (trudno tak powiedzieć o serialowej wersji), a Arya nieco mnie przeraża. Jon jest naprawdę fajnym chłopakiem i tylko niezmiennie wstawki z Branem zanudzają mnie na śmierć.

Połknęłam trzy części “Pieśni” w kilka miesięcy – czytając w międzyczasie inne tytuły. Moje tempo czytania jest zależne od nośnika, czyli e-booka. Rozdziały są krótkie i często czytam w międzyczasie. W tramwaju, pociągu, mając wolne 15 minut między kolejnymi obowiązkami. Sadze można wiele zarzucić: język jest toporny, akcja skupia się na kolejnych intrygach i raczej nie jest to wyszukana fantastyka. Ale Martin świetnie konstruuje postaci, które nie są jednowymiarowe. Myślę, że równie dobrze sprawdziłby się w romansach, bo właśnie budowanie emocji i relacji całkiem nieźle mu wychodzi. I chwała mu za to, bo dzięki jego książkom zarywam znowu noce i czytam z wypiekami na twarzy. Pomimo tego, że rozrywka niewyszukana, a smoków mało.

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl