"Noc żywych Żydów" - recenzja

To nie jest tak, że “Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza przeszła bez echa. Że nie było recenzji, i że dopiero Nike… Nie. Teraz jak spoglądam na recepcję tej książki, odnajduje i recenzje i echa szumu medialnego. Bo niezła gratka – nie dość, że doradca Premiera pisze książkę, to jeszcze książkę o nieżywych Żydach, powstających z grobów i ruszających na Warszawę (ze szczególnym uwzględnieniem centrum handlowego Arkadia). Pastisz? Groteska? Przekroczenie granic dobrego smaku i skandalizowanie dla zasady?

Właściwie nie wiem, czemu nie załapałam się na tę publikację zaraz po premierze. Jest przecież całkowicie w moim czytelniczym guście: popkultura, zombie, gra z tradycją i konwencją, trochę gore, trochę literatura wysoka. W każdym razie, cieszę się, że przy okazji Nike 2013 sięgnęłam po publikację.

noc_zywych

Byłam nastawiona na szokującą lekturą, jedną z tych, które są tak niepoprawne politycznie, że aż genialne. Jednak poszukiwaczy silnych wrażeń muszę rozczarować. Bo są wszystkie elementy, które mogłyby zbudować obrazoburczą lekturę: Żydzi powstający z grobów, diabeł, który opętał jogina i zmienił go nazistę, sceny gwałtów, rozjeżdżanie prawicowców ciężarówką i doktor obrzezający tychże narodowców w ramach zemsty.

Ale tu bardziej chodzi o jakąś melancholię, tęsknotę za Żydami, nieprzepracowaną stratę i nieprzepracowaną zbrodnię. Żydzi nie mogą iść do nieba i wegetują w piwnicach pod blokami z wielkiej płyty, bo czegoś nie zrobili w swoim życiu (śliczne nawiązanie do “Dziadów części II” Mickiewicza). Smutna jest ich tęsknota za życiem i nowoczesnością. Rachela, która aby pójść do nieba musi się uśmiechnąć, chce być nazywana Rejczel i marzy o iPodzie Nano z Arkadii. Dawid bez oka jest Dejwidem, w stylówie trochę SWAG, który po wyjściu z grobów wraca do warszawskiej, cwaniackiej tradycji i organizuje nielegalne zakłady. Żydzi wracają, bo Polacy przeszli nad ich eksterminacją do porządku dziennego, a każda żałoba i strata, tak samo jak zbrodnia, musi być przepracowana (odpokutowana?).

Jednak nie jest to książka, który męczy temat holocaustu lub namiętnie bombarduje narodową martyrologią. Jest trochę jak u Tarantino lub Rodrigueza – szybka akcja, masa popkulturowych nawiązań, dużo krwi i absurdu. I oczywiście ten zły i the chosen one, który przypadkowo okazuje się intelektualistą i kafelkarzem w jednym.

Okazuje się, że można pisać o Żydach, wojnie i nazistach bez biczowania się i klęczenia na grochu. Jak mówił sam Ostachowicz w filmiku promocyjnym książki nagranym w ramach Nike, chciał pokazać, że można o historii pisać ciekawie, bez nostalgicznej otoczki i wywoływania poczucia winy u czytelnika. Tylko czekać, aż na podstawie “Nocy żywych Żydów” powstanie film. Najlepiej w Hoolywood, albo o, serial, wyprodukowany przez HBO.

Poza tym, całkowicie urzekła mnie postać Chudej. I brak imion, tylko ksywki. A scena, gdy główny bohater kupuje prezenty małym, nieżywym Żydom w Arkadii jest jakoś obłędnie wzruszająca. Ok, rozumiem zagrywki z kapitalizmem i kulturą konsumpcyjną, groteskowość tej sceny, ale całość jest jakoś tak ironicznie-śmieszno-nostalgicznie doskonała. W zasadzie jak cała “Noc żywych Żydów”. A Chudą mogłaby zagrać  Rose Leslie.

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl