Zamiast czarnych bogów – głos z offu. Zamiast długich monologów – krótkie wymiany zdań i pocięte sceny. Zamiast złotego jelca strzykawki – brokat. Inscenizacja “Morfiny” w Teatrze Śląskim to przeżycie szczególne. I bardzo dobrze.

Z „Morfiną” Szczepana Twardocha łączy mnie relacja szczególna. Uwielbiam ten tekst, czytałam książkę kilka razy, pisałam o niej tekst naukowy. Dlatego też czekałam na spektakl. Od początku wiedziałam też, że mogę balansować na granicy rozczarowania. Mam bardzo dokładną interpretację powieści. „Morfina” to opowieść o kryzysie męskości, spleciony również z kryzysem tożsamościowym. Konstanty jest słaby, zdominowany przez kobiety, a powieść mówi o drodze, jaką musi przebyć, by dojrzeć i osiągnąć pełnię. Dzidzia, Salome, Hela, Matka, Iga i głos czarnej bogini – mocne, kobiece sylwetki, podkreślające tylko słabość bohatera.

Od początku, zaraz po wejściu do Szybu Wilsona, wszystko jest inaczej, nie tak jak myślałam, niż się spodziewałam. Kolejka zniecierpliwionych, czekających na wpuszczenie na salę widzów, okazuje się elementem przedstawienia. Metatekstową (a może metateatralną – literaturoznawcze porównania będą się mnie trzymać przez cały spektakl) klamrą zakończenie spina też całość – śmierć bohatera nie jest jednoznaczna (w przeciwieństwie do książki), Konstantemu tragiczny i niepotrzebny koniec jest zabrany na rzecz rozważań o beletryzacji i narracji. Jego śmierć nie wynika z niefortunnego splotu wydarzeń (książka), ale winy, jaka jest wpisana w samą postać (spektakl). Zmiany, zmiany, zmiany.
Różnic w interpretacji mojej i teatralnej jest wiele. Właściwie same różnice i dwie różne historie oparte na jednym tekście. „Morfina” jest tekstem narkotycznym, ale nie chodzi tu o zażywane przez bohatera środki. Narkotyczny jest rytm powieści – ciągłe powtórzenia, powracanie do tych samych zdarzeń, monologi Kostka. Tylko moja narkotyczność to połączenie valium i wina, Ewelina Marciniak wybrała chyba crack. Gdy ja upieram się, że warstwa tekstowa jest rytmiczna, używając terminu Kristevej – semiotyczna, w spektaklu została pocięta, niektóre kwestie wypowiadane są w bezpośredni cytacie, inne skrócone, przetworzone, przyspieszone. Na pochwałę zasługuje pomysł przyspieszenia akcji poprzez bezpośrednie czytanie tekstu powieści (niektórych opisów) przez narratorów/inne postaci z offu, w momencie gdy bohaterowie (o których w danym fragmencie mowa) odgrywają wspomniane sceny, jak aktorzy kina niemego.

Interpretacja Marciniak jest bardzo postmodernistyczna – gry z językiem, wyliczanki, kilka scen toczących się równolegle. Mam wrażenie, że „Morfinę” poszarpano i zszyto na nowo. Podoba mi się metaforyczne podejście do niektórych scen lub motywów. Zaczynając od samej morfiny. Nie ma mowy o ordynarnym dawaniu w żyłę, zamiast tego aktorzy posypują się złotym brokatem, światło zmienia się na żółte, przyjemniejsze, muzyka staje się radośniejsza. I obciążenie Kostka relacji z kobietami i rodzicami – zamiast monologów, mamy innych bohaterów, którzy na chwilę nie opuszczają go ze sceny. Przy minimalnej scenografii daje to mocny efekt. Przy tak minimalnej scenografii każdy dodany element niesie ze sobą cały ładunek znaczeń. Doceniam to, szczególnie hitlerowców, którzy mieli ogromne, futrzane maski wściekłych wilków (jak z „Króla Maciusia Pierwszego” w reżyserii Wandy Jakubowskiej). Podobnie jak muzyka na żywo, która świetnie uzupełnia spektakl i staje się jego częścią. Jeśli chodzi o grę aktorską, muszę przyznać, że była doskonała, ale kompletnie rozjechała się z moją wrażliwością. Nie do końca rozumiem epatowania nagością w teatrze, jeśli nie jest funkcjonalna. Nie chodzi tutaj o pruderię, bo piersi na scenie mnie nie przerażają, tylko jest według mnie mocne rozwiązanie, które nie zawsze jest konieczne. W wypadku Salome (Katarzyna Błaszczyńska) – jak najbardziej. Zresztą to jedyna postać, która całkowicie wpisała się w moje wyobrażenia. Właśnie taką ją widziałam – dziką, kobiecą, zwierzęcą, szaloną. Tu nagość podkreślała zmysłowość i „niewstyd” postać, przy reszcie bohaterów była mniej zrozumiała. Może chodziło o podkreślenie ich samotności, uzewnętrznia się? Z rozwiązań, które wzbudziły moje uznanie pomysłowością, a które pozwalają przetworzyć trudną, tekstową materię na spektakl na pewno należy wymienić syna Jureczka, którego zastępuje lalka (i tak był tylko rekwizytem w życiu Kostka) oraz zmetaforyzowanie niektórych dłuższych scen (jak pobyt w letniku, ze sceną, gdzie wszyscy pływają w basenie, a Salome-żydówka topi się). Problem mam jeszcze z Helą. A problem znowu wiąże się z kontrastem powieść/spektakl. W powieści narratorem jest Konstanty i poznajemy innych bohaterów wyłącznie dzięki jego subiektywnym opisom. W kilku fragmentach pojawiają się szczeliny, dzięki którym pęka obraz Heli Matki Polki. Wiemy, że Kostek w ten sposób projektuje sobie żonę, a do obiektywnej prawdy nie mamy dostępu. W „Morfinie” teatralnej Hela jest mocno przerysowana, groteskowa, śmieszna. O szczelinach i pęknięciach nie ma mowy, postać traci całą dwuznaczność. Szkoda też, że relacji ojca z Konstantym poświęcono tak niewiele miejsca. Poświęcenie i śmierć Baldura nie jest jasna, a to jedna z dramatyczniejszych i bardziej wzruszających scen powieści.
Zdaję sobie sprawę, że trudno przedstawić w teatrze akcję, która w większości dzieje się w głowie bohatera. Szczególnie, gdy jest on narratorem. Można pozwalać na szersze partie monologów, ale ich w spektaklu zabrakło. Zamiast nich mamy zdystansowanego Kostka i przerysowanych pozostałych bohaterów. Stąd konieczne są liczne uproszczenia. Aktorzy wypowiadają zaledwie niewielką część kwestii postaci z powieści. Problem rozwiązano na kilka sposobów: głos z offu zastąpił czarnych bogów (i to tylko w pewnym stopniu), niektóre sceny są przedstawione za pomocą skrótów i metafor (jak ta z basenem), inne fragmenty odczytuje na głos Kostek, w pozostałych mamy już wspomnianą narrację z offu i bohaterów odgrywających przedstawianą scenę. I cięcia, dużo cięć, plus wyrazistą grę aktorską. Nie wiem tylko czy tych cięć i skrótów nie jest zbyt wiele. Na ile akcja może być jasna dla osób, które nie czytały powieści?
Pomimo tego, że doceniam wybory reżyserki i jestem w stanie je umotywować, to nie mogę się z nimi wszystkimi zgodzić. „Morfina” w tej interpretacji jest pocięta, przerysowana, groteskowa, głośna i straszna. Kompletnie inna od mojej, rytmicznej, transowej, obleczonej w sam tekst. To świetnie zrealizowany spektakl, który po prostu nie może mi się spodobać. Bo jest kompletnie inny, od tego, co sobie wyobrażałam, co sobie wymyśliłam. Jest postmodernistyczny, szalony i energiczny. I dobrze. Całkowicie dobrze, że tak się stało. Nie chciałabym zobaczyć wiernej inscenizacji, tekst zmarnowałby swój potencjał i zanudził widzów, gdyby było w nim więcej tekstu. „Morfina” monodram? Świetny pomysł, dla chorych na bezsenność. Ale wtedy byłaby chociaż wierna tekstowi powieści. Czy wtedy spektakl byłby lepszy? Na pewno nie! W takiej formie jest perfekcyjny, chociaż wciąż nie jestem pewna, czy mi się podobał. Do teatru chodzę nie po to, by potwierdzić swoje oczekiwania, ale zderzyć się z czyjąś wizją. Rozczarować, otworzyć na nowe horyzonty, zdenerwować, spojrzeć na sprawę inaczej. Udało się.

  • chyba mam poważne zaległości 😉

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl