Czytam codziennie i prawie zawsze w biegu – moja praca i moje studia w zasadzie polegają na czytaniu. Zwykle korzystam z tabletu i rzucam okiem na przynajmniej kilka książek dziennie. Zawsze w pośpiechu. Dlatego czasem warto zatrzymać się przy takiej powieści jak „Długie popołudnie” Gilesa Waterfielda (2015).

Dawno czytałam powieść na papierze. I dla przyjemności, bez zawodowego obowiązku. „Długie popołudnie” to idealny tekst, aby zwolnić, chociaż nie ma nic wspólnego z poradnikami w nurcie slow life. Jest opowieścią o rodzinie Willimsonów, którzy przed I Wojną Światowją decydują się na zakup domu we francuskiej Metonie. Są brytyjczykami, ale na ich decyzję wpływa stan zdrowia. Przeżyli w Indiach rodzinną tragedię, teraz (pomimo młodego wieku – są tuż po trzydziestce) chcą porządnie odpocząć. „Długie popołudnie” jest opisem ich nicnierobienia – od przeprowadzenia się do Mentony, aż do śmierci. W zasadzie nie dzieje się nic – rodzą się synowie, I Wojna Światowa przechodzi gdzieś obok nich, ich dni wypełniają posiłki, rozmowy, spotkania towarzyskie, spacery po ogrodzie. Jednak w tej powolnej narracji, pięknym, przemyślanym języku czai się echo powieści z XX wieku. Narrator skrupulatnie odnotowuje dania, stroje i uniesienia brwi. Spektakl w lokalnym teatrze urasta do rangi ważnego wydarzenia, drobna sprzeczka niesie ze sobą ogromne konsekwencje. Jednak można odnieść wrażenie, że z czasem atmosfera staje się coraz bardziej duszna, a Williamsonowie są więźniami swojego stylu życia. Opływając w luksusie, mówiąc tylko miłe i poprawne rzeczy, powoli umierają. Aż do drastycznego końca.

Dlaczego ta powieść sprawiła mi przyjemność? Warto czasem się zatrzymać, wrócić do dopracowanego języka, skrupulatnego narratora opisującego każdy szczegół. Odpocząć, leniwie przejrzeć kolejne strony przed zaśnięciem, wyciszyć się i poobserwować skupione na swoich potrzebach małżeństwo. Mam wrażenie, że w kolejnych partiach tekstu Waterfield próbował przełamać stagnację dodając inne formy wypowiedzi: pamiętniki, listy. Kompletnie niepotrzebnie, bo bezruch powieści jest jej atutem. Pomimo leniwej narracji, nie odczuwałam nudy. Raczej przyjemne zanurzenie w historii rodziny, obserwację ich kolejnych gier w tenisa, posiłków, wykwintnych strojów, nic nie znaczących rozmów. Powieść napisana jest przemyślanym, poetyckim językiem i lektura kolejnych, następujących po sobie zdań sprawia ogromną przyjemność. Przypomina o lepszych, powolniejszych czasach, które dziś zdają się takim samym luksusem, jak bogate życie Williamsonów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kle