Zastanawialiście się kiedyś, co zmienił internet w dostępie do literatury? I nie myślę tutaj nawet o nowych sposobach promocji i eksperymentach marketingowych, choć to równie ciekawy temat. Tylko o sposobach zakupu. Na strony, metry i kilogramy.

1. Strony

Legimi, poza sprzedażą zwykłą (jakby powiedział księgarz – detaliczną), umożliwia zakup na strony. W systemie abonamentowym możemy kupić dostęp do np. 150 stron miesięcznie (albo 750, albo w ogóle bez limitu – wszystko zależy od planu abonamentowego) dowolnej książki. Oznacza to mniej więcej tyle, że możemy przeczytać 150 stron pośród wszystkich publikacji, które są dostępne w tym systemie. 30 stron “Dumy i uprzedzenia”, 30 poradnika o odchudzaniu, reszta “Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj“. Myślę, że mały abonament to fajna opcja dla wybrednych, którzy zza tabletu mogą sobie powybierać i powybrzydzać. Jak książka się znudzi, możemy iść dalej. Za to pełny dostęp jest świetnym rozwiązaniem dla osób, które czytają dużo, często i w zasadzie ciągle. Wystarczy zainstalować aplikację.

Na strony sprzedaje również anglojęzyczny portal Total Boox – tu sytuacja wygląda trochę inaczej. Po założeniu konta kupujemy żetony. Teraz możemy zabierać się do czytania. Cały haczyk polega na tym, że płacimy żetonami tylko za strony przeczytane. Ostateczna cena książki, nigdy nie będzie wyższa, niż w detalicznym zakupie ebooka. Tu już w ogóle można kaprysić, bo nawet gdy trafimy na kiepską publikację, nie jesteśmy zmuszeni płacić za całość. Szansa na czytelniczą wtopę – znikoma.

2. Miesiące

Ibuk.pl robi to naprawdę dobrze. Możemy zakupić dostęp do publikacji na dzień, tydzień, miesiąc lub semestr. Co prawda, głównie książki naukowe (system głównie dedykowany studentom), ale jest też literatura piękna. Po co zaśmiecać dysk plikami, skoro potrzebujemy tylko zerkną zza wirtualną okładkę? Całość działa trochę jak skomercjalizowana biblioteka, ale umówmy się –  internecie coraz mniej rzeczy jest wyłącznie za darmo.

3. Kilogramy

Tu już trochę mniej serio i nie chcę się wymądrzać. Ale odkąd dowiedziałam się od Janka z Kocham Książki o możliwości zakupu książek na kilogramy (praktykowane przez antykwariuszy), wizja wydaje mi się niezwykle kusząca. Wystarczy wejść np. na Allegro i już mamy pełno ofert na np. 50 kg książek. Tematyka – dowolna. Tylko tytuły zostają wielką niewiadomą. Kilogram złoty trzydzieści. I jak tu nie brać?

Timeless_Books

Czemu o tym piszę? Wcale nie dlatego, że podejrzewam Was o internetowe nieogarnięcie i nieumiejętność skorzystania z Googla. Zastanawia mnie ostatnio, jak mocno zmienia się nasze podejście do literatury, dzięki technologii. Na lepsze czy gorsze – myślę, że w dniu dzisiejszym trudno ocenić. Jednak pomyślcie – kiedyś zapłacenie za przeczytane strony lub zakup czasu dostępu do książki zdawał się ponurym żartem. Teraz czytelnicy korzystają z przyjemnością z takich rozwiązań, możliwych dzięki ebookom. I z drugiej strony dość smutny obraz – książka na wagę. Nie chcę psioczyć, bo cieszy mnie każde rozwiązanie, które przybliża literaturę czytelnikom, ale z drugiej strony zastanawiam się na ile jest to aktualizowanie technologii zwanej “książką”, a na ile rozpaczliwa walka o czytelnika. Pytanie otwarte: czy w wypadku abonamentu/stron kupujemy po prostu tekst, a książka na wagę wskazuje, że przejadła nam się forma papierowa? I drugie: w takim układzie, kiedy ostatecznie umrze czytanie od deski do deski?

 

  • Ciągle ciężko mi sie przekonac do tych tabletów, czytników, kindlów i innych takich.Opcja – na kilogramy najbardziej do mnie przemawia:) Pozdrawiam.

    • Kinga

      Znam przynajmniej z dziesięć osób, które wzbraniały się przed ebookami. A później skorzystały z czytnika i całkowicie zmieniły zdanie. Nic nie sugeruję, ale może warto czasem spróbować 🙂

  • Będę tu wpadał częściej.

  • Pingback: Ebooki - 10 powodów do miłości - kinga kasperek()

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl