Jak mieszkasz na Śląsku, to masz w zasadzie dwie możliwości – albo kochasz Szczepana Twardocha, albo kochasz Szczepana Twardocha. Śląsk nie dorobił się wielu współczesnych pisarzy, którzy zgrabnie pisaliby o jego tożsamości, nie uderzając w nuty znane z „Wyrąbanego chodnika” Gustawa Morcinka. Wojciech Kuczok ma perspektywę jakąś taką warszawską, Anna Kańtoch i Jakub Ćwiek to fantastyka (a kto by się przejmował fantastyką), „Komisorz Hanusik” Marcina Melona to dla nie-ślązaków (no goroli po prostu) jakiś wyższy poziom abstrakcji (tak samo jak „Lajerman” Aleksandra Nawareckiego i „Listy z Rzymu” Zbigniewa Kadłubka), a w „Rurandzie” Konrada Kędera nie ma rolad i modrej kapusty, o gwarze nie mówiąc.

 

Więc mamy Szczepana Twardocha, nasze dobro narodowe, który jeszcze poza tym potrafi nieźle pisać. Ale miało być o miłości i odkochaniu. Więc jak na Ślązaczkę przystało kochałam prozę Twardocha głęboko i namiętnie. Zaczęło się od „Wiecznego Grunwaldu”, później głośna „Morfina” (czytana dwa razy i nawet analizowana w tekście naukowym) i w końcu „Drach”. O „Obłędzie rotmistrza von Egern” nie wspomnę. W powszechnej opinii Twardoch zaczął się po „Wiecznym Grunwaldzie” (skwapliwie pomijamy jego wcześniejszą, fantastyczną działalność pisarską), a poza tym odłożyłam książkę po kilkunastu stronach, zastanawiając się kto takiego gniota napisał. Oczywiście to kompletnie nie korespondowało z moją późniejszą miłością do Twardocha, więc „Obłęd” skutecznie wyparłam. „Wieczny Grunwald” wzbudził we mnie wystarczający zachwyt, aby zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu. Nie mówię już o „Morfinie”, której ciężkie, narkotyczne powtórzenia utwierdziły mnie, że może Katowice to nie metropolia i rynku nie mamy, ale ten Twardoch to nam się udał. Dlatego z niemałymi emocjami sięgnęłam po „Dracha”. I to był początek końca.
„Drach” jest książką poprawną. I demaskuje pisarsko-społeczny konstrukt, szczególnie Ślązakom bliski, pt. „Szczepan Twarodoch – wieszcz i geniusz”. Powód jest bardzo prosty. „Drach” znów jest książką o tym samym, co „Morfina” i „Wieczny Grunwald”. Mamy czarnych bogów, polsko-niemiecko-śląskie zawiłości tożsamościowe, dekonstrukcję fabuły i grę stereotypami narodowymi, które jednak niczego nie zmieniają, a utwierdzają jedynie w pewnych przekonaniach. I nie byłoby w tym kompletnie nic złego. Jednak krytycy, metaforycznie klepiący autora na spotkaniach po metaforycznym ramieniu, nazywający go publicznie geniuszem, trochę mnie niepokoją. To nie jest proza artystyczna. Nie ma nic artystycznego w wyciągnięciu z mitologii słowiańskiej czarnych bogów, zabełkotania na ich temat (co by było niejasno=artystycznie), dodania garści stereotypów i rozczłonkowania warstwy stylistycznej na powtarzające się ciągle zdania i zwroty. To dobre zabiegi, które świetnie unowocześniają tzw. prozę popularną. Ale publiczne obwoływanie geniuszem ma w sobie coś gombrowiczowskiego i nie miałam pewności czy na spotkaniu autorskim nie powinnam paść w takim razie przez Twardochem na kolana. Twarodoch potrafi się doskonale sprzedać w mediach – i to jego ogromny talent, którego mogliby pozazdrościć mu inni pisarze. Świetnie kreuje swój wizerunek, zdaje się całkiem autentyczny w tym co robi (chociaż już cynicznie w żaden autentyzm medialny nie wierzę), wie gdzie się pojawić, co powiedzieć. Mógłby uczyć innych pisarzy, może wtedy nasza scena literacka byłaby nieco ciekawsza, bo Witkowski, Twardoch i Masłowska to wciąż trochę za mało. Twardoch potrafi też doskonale pisać śląsko-polsko-niemieckie historie, ładnie bawi się z konstrukcją fabuły (chaotyczność narracji „Dracha” to mocny element tekstu), a w „Wiecznym Grunwaldzie” dał niezły popis sprawności językowej. Jednak, na czarne bogi, nie róbmy z niego publicznie geniusza, bo ocieramy się tym samym o śmieszność i publicznie pokazujemy nasze śląskie zakompleksienie, wynikające z braku Ważnych Pisarzy. Pozwólmy Twardochowi być Twardochem. Bo na wspomnianym spotkaniu autorskim miłosne bielmo spadło mi z oczu i zobaczyłam sprawnego pisarza, który potrafi wykorzystać swój talent i garść chwytów, by nieźle wykreować się w mediach. A to mi nijak pasuje do maski artysty.
Ale znów wątek miłosny ucieka. Sięgając po „Dracha” spodziewałam się czytelniczej ekstazy, równej chociaż tej z „Wiecznego Grunwaldu” i „Morfiny”. W zamian otrzymałam…. Nie, może zrezygnuję z erotycznych porównań. W zamian otrzymałam odgrzewanego kotleta. Wszystko to tworzy zgrabną i wartą przeczytania opowieść, bo przecież wszyscy lubimy te utwory, które skądś już znamy. Jak ciągle te same piosenki, grane od 10 lat w RMF FM. Geniusz tej książki nie napisał, raczej zdolny sztukmistrz, który wciąż nas potrafi oczarować tymi samymi trikami.
Wątek Śląski jest oczywiście godny uwagi. Mamy sagę rodu Magnorów, żyjących we wsi w cieniu Gliwitz. Są powstania śląskie, I wojna światowa, kopalnie i nowoczesność. Losy wszystkich bohaterów opowiedziane są niemalże symultanicznie, w kompletnym pomieszaniu czasów. Od I wojny światowej przeskakujemy do 2014 roku, później szybki powrót do XX-lecia międzywojennego, chwila na opisanie żywotu saren i uzupełniająca wszystko narracja Dracha, czyli smoka-ziemi. Z chaosu wyłania się obraz Śląska. Jednak mi nie o recenzje chodzi, ale o coś innego. O pewne poczucie zawodu, które rozpoczęło rozpoznanie starych chwytów, a pogłębiło spotkanie autorskie z pisarzem. Gdy “Na Temat” pyta Twardocha o wątki kobiece, a raczej ich brak, pisarz zbywa dziennikarza, mówiąc, że pisze o ludziach. Wykręt znany każdej krytyczce feministycznej, ale zostawmy. Historia literatury nauczyła nas już, że wszystkie opowieści „o ludziach” są zawsze opowieściami o mężczyznach, a te poruszające wątki doświadczenia kobiecego trafiają na smutną, pogardzaną półeczkę w księgarni, zatytułowaną „literatura kobieca”. Jednak rozczarowanie się pogłębiło, gdy na wspomnianym już spotkaniu znany krytyk znów zaczął Twardocha wychwalać, tym razem za to, że nie poddaje się „politycznej poprawności, pisząc książki chłopackie, agresywne”. Później nastąpiła seria wspólnych wzruszeń autorsko-czytelniczo-krytycznych, gdzie okazało się, że Twardoch tworzy teksty opisujące wspólnotę śląską. Oczywiście, wspólnotę chłopacką i agresywną, bo w „Drachu” zabrakło miejsca dla kobiet. Mają one funkcję dekoracyjną: matki, żony, kochanki i córki, nawet zabrakło klasycznego tokenu – bohaterki, która (w przeciwieństwie do pozostałych kobiet) miałaby chociaż zalążek osobowości. Takiej Dzidzi z „Morfiny”. I znów nie chcę się awanturować z tego powodu, wszakże jak wspomniałam, czytelniczki się przyzwyczaiły i taka sytuacja jest dla nich przezroczysta. Jednak skoro są ambicje pisania o mniejszości śląskiej, opisywania jej doświadczeń, dlaczego pomija się 50% populacji? To jest książka o Ślązakach, bo dla Ślązaczek z tym legendarnym pseudo-matriarchatem miejsca brakło. Więc skoro tak już wyświęcamy Twardocha na geniusza, dlaczego mamy się zgadzać z tą „chłopacką niepoprawnością polityczną”? Już nie chodzi o to, że pomijanie kobiecego, śląskiego doświadczenia ma być rebelianckie i trzeba za to karać. Nie chodzi o wprowadzanie postaci kobiety-górniczki, albo biadolenie co drugą stronę, że kiedyś na Śląsku to było daleko do gender equality. To po prostu strasznie nielogiczne – pochylać się nad mniejszością, a okazywać brak wrażliwości wobec kobiecych narracji. „Drach” to książka do cna męska, a przez to niepełna. W momencie, gdy Twardoch literacko domaga się szacunku wobec inności Ślązaków, ich pokoleniowych doświadczeń i labiryntów tożsamościowych, nie znajduje miejsca dla inności, pokoleniowych doświadczeń i labiryntów tożsamościowych Ślązaczek. Czytelnicy dziękują za opisanie losów podobnych do losów rodziny, jednak ja do tych podziękowań nie mogę się dołączyć. Bo skoro losy podobne do losów moich dziadków, pradziadków okazały się wystarczająco ciekawe, nie uważam, aby nasze prababcie i babcie mogły zostać włączone wyłącznie jako uzupełnienie mężczyzn. A tym bardziej sądzę, że krytycy nie powinni temu przyklaskiwać.
Tak więc w Twardochu się odkochałam, chociaż wciąż będę z zainteresowaniem śledzić jego twórczość. Kochanek przynoszący codziennie kwiaty może znudzić, nie mówiąc o prozie sięgającej po te same chwyty i opowiadającej historię populacji, gdzie funkcja kobiety niewiele się różni od nudelkuli.

  • Jacek Tomaszewski

    Zacząłem czytać wczoraj i po trzech rozdziałach zbiera mi się na pawia. Przez całą książkę będzie uparcie powtarzał ten jeden jedyny zabieg retrospekcji? No i takie wstawki w stylu: “w tej chwili nie myślał o….” i litania na 3 linijki, jak kurwa nie myślał to na chuj o tym pisać?

  • Widzę duże emocje 🙂 Ta, zabiegi stylistyczne bardzo się powtarzają. I później całe sceny, motywy. Przez pierwszą połowę nawet mi się podobało, ale do końcówki musiałam się bardzo zmuszać.

    • Jacek Tomaszewski

      beskita, jakoś mnie nie porywa…

  • StacjaKosmiczna

    “…(a kto by się przejmował fantastyką)…” – No tak się składa, że najbardziej znanym polskim pisarzem za granicą jest Stanisław Lem. Ale, kto by się tym przejmował…

    • To było ironiczne, bo fantastykę bardzo lubię i smuci mnie, że jest postrzegana jako literatura gorsza, nawet wśród tej popularnej.

  • Pingback: Urok lokalnej narracji - kinga kasperek()