Czytelnicy intensywni i zdystansowani

Wczoraj Internet zawrzał. Media zawrzały. Znowu zaczęto dyskutować o literaturze. Czyżby przełomowy debiut? Czyżby ważna nowość, portretująca naszą rzeczywistość? Nie, wyniki badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej. I coroczne biadolenie, że nikt książek nie czyta.

Wiecie, czasem jestem już zmęczona. Zmęczona tłumaczeniem, dlaczego robię w książkach (a mogłabym w innej branży wyciągać kokosy i nie martwić się spłatą kredytu), czemu piszę doktorat z literatury (żadnych zysków, poza intelektualnymi), czemu współpracuję z początkującymi i niezależnymi autorami (i tak ich nikt nie przeczyta). Bo w końcu nikt nie kupuje książek, a jak kupują, to romanse erotyczne czy innego Dana Browna. Na co to wszystko, po co, skoro można by iść do banku, uczciwie zarobić, polecieć na all inclusiva i nie martwić się tą bezsensowną literaturą.

Wówczas, jakby tego wszystkiego było mało (czyli żmudnych prób zmieniania świata i pokazywania, że literatura jest fajna), wchodzi on. Doroczny raport czytelnictwa. I wtedy, olaboga, świat staje się bardziej szary, kawa bardziej gorzka, a przelewy przychodzą jeszcze później.

Ale skoro żyjemy w epoce postprawdy, w tym ogólnym kwękaniu postanowiłam raport przeczytać, jak co roku zresztą. Przeczytajcie i Wy, bo jest bezpłatny, łatwo dostępny, świetnie przygotowany i obfitujący w interesujące wiadomości. I to prawda, że ponad połowa Polaków nie przeczytała książki. I prawdą też jest, że wśród ulubionych książek pojawia się Pięćdziesiąt twarzy Greya, Pan Tadeusz i saga o Harrym Potterze. Prawdą jest również, że kupujemy i wypożyczamy mniej. Ale taki stan nie zmienia się od kilku lat i zapewne tak będzie. A jednak książki wciąż się sprzedają, ludzie wciąż czytają i jest komu co roku wygrywać nagrodę Nike. Biblioteki zmieniają się w miejsca spotkań, sprzedaż e-booków wzrasta, a (co również traktuję jako pozytyw) w raporcie przebadano tylko ponad 3 000 osób. Wiecie, jest kłamstwo, większe kłamstwo i statystyka. Więc zawsze, płacząc w poduszkę za tym spadającym czytelnictwem, możemy pomyśleć, że w sumie może nie jest tak źle. Że to nie jest cały obraz sytuacji, pomimo trudów, jakie podjęli badacze (których notabene bardzo szanuję, raport czyta się jak powieść kryminalną – lekko, z napięciem – tylko nie wiadomo, kto zabił).

Więc zachęcam Was gorąco do czytania i analizowania wykresów, zanim wspólnie wylejemy dziecko z kąpielą.

Ja na przykład znalazłam w raporcie bardzo interesujący podział czytelniczy. Pozwólcie, że go przytoczę. Chodzi o podział na czytelników:

– generalnie nieczytających (48%),

– czytelników tradycyjnych (26%),

– czytelników zaangażowanych (13%),

– czytelników emocjonalnie zdystansowanych (7%),

– nieczytających książek (5%).

Wiem, że nagłówki w stylu: „ponad połowa Polaków nie czyta” bardzo dobrze się klikają, ale tutaj chodzi o coś więcej.

Główni nieczytający to często osoby starsze, które sięgają albo po tabloidy, albo po książki z zakresu literatury popularnej (i to bardzo rzadko). Autorzy raportu piszą tak: „Są to często osoby starsze – powyżej 50 roku życia, relatywnie gorzej sytuowane, z wykształceniem podstawowym i zasadniczym zawodowym oraz przewagą robotników i rolników, choć znajdziemy wśród nich także dyrektorów. Obecnie część z nich to już emeryci, jest wśród nich także więcej osób owdowiałych i rozwiedzionych”. I tak myślę, że wiek i sytuacja ekonomiczna są tutaj kluczowe. Czytanie jest jednak rozrywką wymagającą środków (czasu, pieniędzy) i chociaż nie chcę wchodzić na pole krytyki klasowej, nietrudno sobie wyobrazić, że dla wielu osób starszych i uboższych są sprawy ważniejsze, niż najnowsza premiera Wydawnictwa Literackiego.

Nieczytający książek, jak się okazuje, czytają dość sporo. Ale w Internecie. Są to często osoby młode, które wolą inne rozrywki niż lektura, w związku z czym wybierają sieć, by znaleźć pożyteczne informacje. Bardzo irytuje mnie powszechne uogólnianie, że skoro ktoś wybiera YouTube zamiast np. young adult, to pewnie jest mnie inteligentny. Może jest nawet bardziej, bo Internet oferuje gigantyczny dostęp do darmowych i wartościowych treści, przy których słaba fantastyka wydana na tanim papierze niekoniecznie jest bardziej wzbogacającym intelektualnie wyborem. Także, do rozważenia kolejna kwestia.

Czytelnicy zaangażowani. Tutaj jesteśmy w domu. Zainteresowani nowościami, kupujący i czytający dużo, chodzący na spotkania autorskie. Literatura jest dla nich ważna. Pewnie to ja i Wy. I spójrzcie, 13%. To naprawdę wiele. Według raportu 13% Polaków będzie zainteresowanych zakupem książki. Co w tym dobrego? Lepsze 13% zaangażowanych czytelników, niż 60% takich, którzy kupią książkę od przypadku do przypadku, prawda?

Czytelnicy tradycyjni. Czytają dla przyjemności, chodzą do biblioteki, nie angażują się w wydarzenia literackie. Często są to dorosłe kobiety, które traktują lekturę jako rozrywkę. Spójrzcie jak ich dużo!

Czytelnik emocjonalnie zdystansowany. Mój ulubiony typ, bo mieszkam z przedstawicielem tego typu. Czytają, ale nie muszą. Jeśli potrzebna im wiedza lub informacja jest zawarta w książce, sięgną po nią. Korzystają chętnie z książek elektronicznych.

Co nam to mówi o stanie czytelnictwa? Że czytamy, na różne sposoby. I moim zdaniem nie ma w tym niczego złego. Pamiętam, że zapytałam kiedyś studentów, dlaczego uważamy, że czytanie jest ważne. Zaczęłam ich podchodzić, że to rozrywka jak każda inna, wiedzę możemy uzyskać w inny sposób, a jak odrzucimy myślenie o literaturze jako o kultywowaniu dziedzictwa kulturalnego, czytanie nie różni się od oglądania YouTuba albo grania w gry. Pamiętam, że chciałam ich poruszyć, czekałam na sto argumentów, dlaczego literatura jest ważna. Skończyło się tak, że wszyscy wyszliśmy z sali smutni i czułam jak Grinch, który odwołał święta. I pomimo że codziennie użeram się z książkową materią, uważam, że należy dać ludziom wolny wybór, a traktowanie czytania jako przyjemności na pewno nie poprawi sytuacji literatury. Raport jest dla mnie jednak w pewnym stopniu światełkiem w tunelu. Bo rozumiejąc różne grupy odbiorców, będziemy wiedzieli, jak do nich dotrzeć, na co kłaść akcent. I pewnie, marzę o kolejkach na wykłady o historii literatury (które widziałam na targach książki w Szwecji), jednak zamiast biadolić, może lepiej zrozumiejmy problem. I zastanówmy się, co z nim zrobić.