Marudzenie i czarnowidztwo znowu się chyba nie sprawdziło i Nike nie ucierpiała (jak zakładałam) – Karpowicz w plebiscycie czytelników zgarnął Nike. I jest to bardzo dobra wiadomość (że się pomyliłam), bo okazuje się, że czytelnicy nie karmią się tabloidami (oficjalnie), a “-ości” są najlepszą książką z nominowanych – tylko się cieszyć (kolejną dobrą wiadomością, zamykającą ten cykl). 

cud

Wcale się nie wstydzę tych nagromadzonych nawiasów powyżej. Utwierdziła mnie w nich wcześniejsza od “-ości”, ale w pewnym stopniu do niej bardzo podobna, powieść Karpowicza. W niej autor nawiasów nie żałuje (dwa nawiasy obok siebie w pewnym stopniu wyznaczają styl tej książki) (co w ogóle nie przeszkadza w czytaniu). To nie jest tak, że Karpowicz tworzy zdania sześciokrotnie złożone i bez tych nawiasów sens by gdzieś uciekł. Wręcz przeciwnie. Język jest prosty, codzienny, a kolejne wtrącenia nakierowują na inny kontekst, inne zdanie, wchodzące jednak w część podstawowej wypowiedzi, rozterki bohaterów i ich dystans. Karpowicz doskonale potrafi bawić się językiem –http://kingakasperek.pl/definicja-ebooka/, że jego książki są grubaśne, a i tak kończą się zbyt szybko. Z każdym tytułem łapię się na nerwowym sprawdzaniu stron do końca/wciskaniu klawisza czytnika, licząc na dalszy ciąg historii. Najlepsze w tym jest to, że Karpowicz pisze książki o… właściwie niczym konkretnym. “Balladyny i romanse” – zbiór historii mitologicznych ludzi i bogów, których losy zaczynają się niespodziewanie splatać. “-ości” – historia kilku przypadkowych osób wplątanych w sieć kontaktów, które mają na siebie niespodziewanie wpływ.
Cud
I w końcu “Cud” – znów garstka bohaterów, których łączy postać Mikołaja. Mikołaj niby umarł w wypadku, ale wciąż zachowuje temperaturę ciała i nie można uznać go za zmarłego. Jednak Karpowicz doskonale opisuje zwykłą codzienność i zbiegi okoliczności, w każdej z wymienionych książek prowadząc narrację z punktu widzenia kilku osób.
Ale skupmy się na “Cudzie”. Nie ma sensu streszczać i oceniać fabuły – w książkach Karpowicza (chyba z założenia) zbyt wiele się nie dzieje, ale to niczemu nie przeszkadza. Mamy kilku bohaterów i kilka perspektyw. Wszystkich łączy wspomniany Mikołaj, który miał umrzeć w wypadku samochodowym, ale nie umiera. Jego ciało wywołuje stan zakochania w głównej bohaterce – Annie. I choć łatwo otrzeć się tu o nekrofilię, Karpowicz zgrabnie ograł ten motyw. Tutaj bardziej chodzi o emocje, uczucia i szukanie przyszłości, która jest całkowicie niemożliwa. Nekrofilia pozbawiona kontaktów cielesnych i dosłowności. Zresztą, właśnie tak zdają się wyglądać wszystkie relacje w świecie “Cudu” – niedokończone rozmowy, niewyjawione oczekiwania, przypadkowe stykanie się. I ogromna samotność bohaterów. “Cud”, tak samo jak “-ości”, to kolejna powieść o samotnych ludziach, zagubionych w wielkim mieście. Trafnie sportretowano współczesne pokolenie trzydziestolatków, bez zbędnej drastyczności i osądzania. Teksty Karpowicza zawsze wywołują u mnie lekki uśmiech – uwielbiam jego trafne szkice, nienatrętne zabawy z językiem i ciągle wpadających na siebie bohaterów, którzy zawsze pod koniec powieści tworzą krąg wzajemnych i trudnych do wyjaśnienia powiązań.
Jednak widać, że “Cud” jest tekstem wcześniejszym, niż doskonałe “-ości” i “Balladyny i romanse”. Jak wyżej – jest wiele elementów wspólnych. Jednak w “Cudzie” pojawiło się kilka eksperymentalnych zabiegów, które niespecjalnie się sprawdziły. Po pierwsze, stylizowane na staropolski i biblijny język monologi ojca Mikołaja. Alkoholika, który opowiada życie chłopaka, doszukując się cudów. Fragmenty męczące, język duszny, a całość kompletnie nie funkcjonalna. Nie chodzi o to, że staropolskie stylizacje są złe. Świetnie zagrał tym Szczepan Twardoch w “Wiecznym Grunwaldzie”, ale w tym wypadku te fragmenty miały ogromny sens dla całości tekstu. W “Cudzie” monologi ojca Mikołaja mocno kontrastują z prostym językiem, ale w zasadzie nie potrafię znaleźć sensownego argumentu, dlaczego tam się znalazły. Ten zabieg mnie nie przekonuje. Nie trafia do mnie też całe clue tekstu – Mikołaj, który nie umiera. Pomysł niezły, dobrze ograny przez większość tekstu, jednak zakończenie… Bez zbędnego zdradzania szczegółów napiszę, że jest trochę rozczarowujące. Trochę w zbyt bliskim towarzystwie poppsychologii i Paula Coelho. Ale Karpowiczowi mogę to wybaczyć, przerzucając to na wpadkę początkującego twórcy.
Karpowicza mogłabym czytać zawsze i zawsze będę zaskoczona tym, że jego książki tak szybko się kończą. Historie są często bez puenty, ale co z tego? Struktura niekończących się narracji doskonale oddaje specyfikę opisywanego świata. Bohaterowie są w zasadzie bez przeszłości, przyszłości, skupienia na samotnej teraźniejszości i monologowaniu. Karpowicz jest dla mnie jednym z ważniejszych twórców współczesnych i mam nadzieję, że przez medialną aferę jego teksty nie ucierpią, a Nike czytelników jest po prostu pewnym wotum zaufania (nie zaś efektem tabloidowych pięciu minut).
Będziecie dziś oglądać rozdanie Nike?

  • Ale ta nagroda czytelników to jest ściema straszliwa 😉

  • Kinga

    Czemu ściema?

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl