"Ciemne siły" recenzja

Gdzieś pomiędzy refowaniem żagli, a kolejnym sztormem, czyli w trakcie urlopu, czytałam „Ciemne siły” Jacka Piekiełko. A Jacka poznałam gdzieś pomiędzy gramatyką językową, a literaturą staropolską, czyli na studiach. Te fakty łączą się w prosty sposób. Jacek napisał książkę, którą dziś recenzuję. Szczerą, bo i taką Jackowi obiecałam.

„Ciemne siły” są debiutem udanym, ale nie wolnym od problemów dla debiutów typowych. Pomysł na fabułę jest świetny, wzbogacony porządnym reserchem, a tak wartkiej historii nie powstydziłby się niejeden scenarzysta hollywoodzkich blockbusterów. Jednak pewne braki warsztatowe nieco utrudniają odbiór i nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor chciał opowiedzieć zbyt wiele w krótkim czasie. Bo czego tu nie mamy! Tajemnicza sekta, głęboka rosyjska wieś, bioenergoterapeuci i Rasputin. Ale po kolei.

Polska ekspedycja archeologiczna wyrusza na poszukiwanie regaliów w głąb Rosji. Towarzystwo składa się z naukowca, który powoli odbija się od zawodowego dna (Piotr), nieco karykaturalnej, bo groteskowo wpisanej w kontekst feminizmu, polskiej Lary Croft (Monika), cynicznego Francuza (Jean-Pierre), oraz tajemniczego, ale spoko typka, który zginie jako pierwszy (Stefan). Trzeba oddać autorowi, że ze swadą opisuje niedomagającą administrację uniwersytecką, nic niewnoszące boje naukowe i smutny klimat robienia nauki w Polsce. Jak widać, studia nie poszły w las, a Piekiełko jest uważnym obserwatorem rzeczywistości, co jest dość istotną uwagą, bo właśnie z tego elementu jego pisarstwa mogą wypływać pewne niedociągnięcia. Wróćmy jednak do głównej osi narracji. Wraz z przyjazdem na głęboką, rosyjską wieś zaczynają się dziać niewyjaśnione rzeczy. Nasi archeologowie odkrywają trumnę, która zawiera ciało wspomnianego już Rasputina. Piekiełko zgrabnie łączy wątki ekspedycji i legendy o Rasputinie z prawosławną sektą chłystów, a w tym szaleństwie zdaje się, że jest pewna metoda. I chociaż wątek Rasputina zdaje się już wielokrotnie eksploatowany jako materiał literacki, interpretacja Piekiełko sprawiła mi wiele przyjemności czytelniczej. Znów, wszystko dzięki porządnemu przygotowaniu twórcy. Oczywiście bohaterów czekają liczne komplikacje, dzieją się rzeczy dziwne i niewyjaśnione, jednak nie poczułam tych klasycznych ciarek na plecach, a jedyna gęsia skórka była wywołana przenikliwym zimnem, panującym wtedy na Mazurach. Bo moim zdaniem „Ciemne siły” są raczej niezłą powieścią akcji z wątkiem paranormalnym, niż horror sensu stricte. Powieść dobrze i żywo rozpisana, która spełnia swoją podstawową funkcję – wciąga, dostarcza rozrywki i sprawia, że nie chcemy jej odłożyć na bok po zakończeniu kolejnego rozdziału. Jednak na dobry horror motyw rosyjskiej wsi, sekty i Rasputina to dla mnie nieco za mało.

Przechodząc powoli do moich zarzutów, brak owej gęsiej skórki wywołany był za pewne zbyt małą solidaryzacją z bohaterami. Trudno było mi im kibicować (tym bardziej, że akcja prowadzona jest z punktu widzenia najważniejszych z nich), bo same postaci nie były zbytnio pogłębione psychologicznie. Ba, zdarza im się podejmować co najmniej głupie decyzje, szczególnie jeśli mówimy o osobach ze stopniem naukowym. Trochę tak, jakby Piekiełko chciał na siłę pchać akcję do przodu, kosztem logiki wyborów podejmowanych przez bohaterów. I to właśnie częsty błąd debiutantów, niejako skupionych na całości fabuły, którzy pomijają drobne szczegóły (takie jak wiarygodność postaci), aby zbudowana przez nich historia trzymała się kupy. Nieinformowanie żadnych służb o dziwnych wykopaliskach, groźbach, praca niezgodna z protokołami, przeszacowywanie swoich możliwości… Jak w kolejnym sequelu „Obcego”, gdzie teoretycznie inteligentni ludzie gołą dłonią dotykają czarnych jaj, bo… Bo akcja musi się toczyć do przodu według wyznaczonego toru. Poza tym mam wrażenie, że Piekiełko lepiej opisuje realia dobrze sobie znane (wspominane środowisko naukowe), a już śledztwo policyjne zdaje się bardziej wzorowane na literaturze i filmach, niż własnych obserwacjach. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby, gdyby wątki autorowi bliższe były bardziej eksploatowane, wszak groza, zdaje się, czai się wszędzie.

Kolejny zarzut jest taki, że przymknęłaby oko na tak skonstruowanych bohaterów – w końcu mamy do czynienia z literaturą popularną, która operuje pewnymi wzorcami i czytamy ją dla czystej rozrywki, nie zaś odkrywania granic sztuki słowa – gdyby Piekiełko nie starał się w tym debiucie opowiedzieć zbyt wiele. Mianowicie mam takie nieodparte wrażenie, że wielu debiutantów w pierwszej książce chce odpowiedzieć zbyt wiele historii na raz. I podobne wrażenie miałam przy lekturze „Ciemnych sił”. Chodzi o wątek bioenergoterapeutyczny który scala w całość niewyjaśnione wydarzenia w Rosji (sekta, Rasputin i niesamowite sytuacje, w których znajdują się bohaterowie), śledztwo w Polsce (ktoś oszpeca piękne dziewczyny, potem usuwa blizny i robi im pranie mózgu) oraz wątek wspomnianego Francuza. Jednak, na jedną, wcale nie grubą książkę, jest tego stosunkowo zbyt wiele. I wątek sekciarsko-rosyjski jest niezły, i bioenergoterapeuci, którzy okazują się tymi „złymi”, jednak akcja pędzi do przodu, jedno niesamowite wydarzenie goni drugie, a wszystko kosztem wspomnianych bohaterów. Sądzę, że byłoby lepiej, gdyby Piekiełko z tego wora pomysłów wybrał jeden i mocno go rozwinął.

Pomimo tych uwag i zastrzeżeń, uważam, że „Ciemne siły” są debiutem udanym. Przyjemną lekturą, która zapewni rozrywkę w długie wieczory lub weekendy. I jestem pod wrażeniem, że te mnogie wątki udało się je autorowi jednak nieźle spleść. Trop bioenergoterapeutyczny jest też dość świeży i być może zasługiwałby po prostu na osobą książkę. Jestem również pewna, że Jacek Piekiełko jeszcze nas zaskoczy swoimi kolejnymi publikacjami, a innym debiutantom życzę tak udanych pierwszych książek.

Jacek Piekiełko: “Ciemne siły”. Chorzów 2017.

Link do książki.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Videograf.

 

Zapisz się!

Chcę być informowany/a o zbliżających się wydarzeniach organizowanych przez Kingę Kasperek

FreshMail.pl